Zreformować świat to znaczy zreformować wychowanie(1)

Agata Siwiak

 

Założeniem projektu RePrezentacje jest oddanie głosu rozmaitym grupom ludzi – niezależnie od ich pochodzenia, statusu społecznego i ekonomicznego, narodowości, wieku i stanu zdrowia – poprzez działania na pograniczu sztuki, aktywizmu, praktyki krytycznej i społecznej. Cykl ten jest niejako projektem świata, w którym każda społeczność i każda jednostka jest zauważona i reprezentowana w przestrzeni publicznej. Wizją rzeczywistości, w której nie ma tematów marginalizowanych, gdzie w pełni mogą wybrzmieć ludzkie potrzeby, marzenia, a ekonomiczne, społeczne i kulturowe nierówności oraz wynikające z nich konflikty są artykułowane po to, by szukać rozwiązań dających szansę na zmianę. Pierwsza edycja projektu RePrezentacje – nosząca podtytuł Nowa edukacja − dedykowana jest dzieciom i młodzieży. Jej idea wyrasta z jednej strony z gniewu wobec lekceważenia praw i potrzeb dzieci i młodzieży na poziomie politycznym i edukacyjnym, z drugiej zaś strony z pragnienia znalezienia alternatyw, stanowiących możliwość/możliwości pozytywnych zmian. Potencjał dla nich znajduję w feministycznej idei etyki troski oraz w teorii i praktyce pedagogicznej i – co z całą mocą pragnę podkreślić – politycznej Janusza Korczaka oraz jego współpracowniczek: Stefanii Wilczyńskiej, Stefanii Sempołowskiej, Maryny Falskiej, Marii Podwysockiej.

Prace warsztatowe w ramach RePrezentacji rozpoczęliśmy w lipcu 2018 roku. Realizujemy ten program ze świadomością, że dziecko jest już człowiekiem, respektujemy jej/jego prawo do szacunku. Warsztaty odbywały się i wciąż mają miejsce w różnych dzielnicach Warszawy, we współpracy z lokalnymi podmiotami – NGOs i instytucjami publicznymi. W czasie pierwszej edycji Biennale Warszawa otworzymy miejsce kolektywnie współtworzone przez dzieci wraz z artystami, które zatytułowaliśmy Przestrzeń bez końca. Jest to miejsce pod znakiem egalitaryzmu i szacunku dla dzieci, demokracji i praw człowieka.

Korczak: dzieciństwo jako pole lewicowej refleksji i praktyki

Janusz Korczak (Henryk Goldszmit, 1878−1942) wiedział, że dzieciństwo nie jest fantazmatyczną krainą beztroski. Miał świadomość, jak okrutne potrafi ono być i jaki ma to wpływ na dalsze życie, co w konsekwencji odciska również piętno na kondycji całego społeczeństwa. Jako lekarz odwiedzał dzielnice nędzy, w których dzieci w zagrzybionych suterenach umierały z niedożywienia. Sam nie miał łatwego dzieciństwa, mimo że wychowywał się w dostatnim domu. Jego ojciec bywał  nieprzewidywalny i agresywny; gdy ataki nasiliły się i zagrażały rodzinie, umieszczono go w szpitalu psychiatrycznym. Korczak miał wtedy 12 lat. Swoją szkołę wspominał z niechęcią, bo kary fizyczne były tam na porządku dziennym. Opis tego pojawia się zarówno w pamiętnikach z getta, jak i w powieści Kiedy znów będę mały (1925), w której bohater książki – alter ego Korczaka − z precyzją opisuje sceny fizycznego znęcania się nauczycieli nad dziećmi. Był przeciwnikiem wychowania opartego na karach cielesnych – wiedział, że można w ten sposób dziecko zdyscyplinować, ale cierpienie, które w nim pozostanie, będzie raną na całe życie. W 1980 roku psychoanalityczka Alice Miller opublikowała książkę Am Anfang war Erziehung, zapoczątkowując badania nad czarną pedagogiką – nurtem analizującym wpływ przemocy na dziecko. Okazało się, że ci, którzy doświadczyli w dzieciństwie przemocy, często stosują ją później na swoich podopiecznych, utrwalając schemat dyskryminacji i represji.

Wrażliwość Korczaka na cierpienie dzieci była ogromna, nie był on jednak poczciwym panem pochylającym się nad słabymi i biednymi. Jego biografka – Joanna Olczak-Ronikier – pisała:

Młodzi widzą w nim męczennika, którego, da Bóg, nikt już nie będzie musiał naśladować. Człowiek z krwi i kości zamienił się w pomnik. Ktoś tak przekorny jak on, zawsze chodzący własnymi drogami, musi czuć się fatalnie na marmurowym cokole. (…) Odmieniane we wszystkich przypadkach określenie „przyjaciel dzieci” mdli go chyba swoją słodyczą.(2)

Areligijny aktywista i niepokorny pedagog zafascynowany socjalistycznymi ideami wiedział, że „zreformować świat to znaczy zreformować wychowanie”. Jego tożsamość kształtowały lewicowe środowiska końca XIX i początku XX wieku. Jako student medycyny Henryk Goldszmit został słuchaczem Uniwersytetu Latającego – nieformalnej akademii działającej w zaborowym podziemiu, w której mogły uczyć się także kobiety. Wśród wykładowców, którzy wywarli na niego wpływ, znaleźli się marksista, ekonomista, antropolog i socjolog Ludwik Krzywicki oraz publicysta-wolnomyśliciel Wacław Nałkowski. W czasach studiów Korczak poznał również Stefanię Sempołowską (na prowadzonej przez nią pensji dla dziewcząt udzielał korepetycji w ramach praktyk pedagogicznych) – wybitną pedagożkę, bojowniczkę o prawa dzieci, przeciwniczkę rasizmu i szowinizmu, która w czasach rewolucji 1905 roku zainicjowała zjazd delegatów kół nauczycielskich Królestwa Polskiego i wspierała więźniów politycznych. Prawdziwy przełom w życiu pedagoga nastąpił w 1904 roku, kiedy został wychowawcą na koloniach organizowanych dla najuboższych dzieci przez dobroczynne Towarzystwo Kolonii Letnich założone przez Stanisława Markiewicza. Towarzystwo miało służyć wszystkim niezależnie od wyznawanej religii, jednak ze względu na konieczność prowadzenia kuchni koszernej dla dzieci żydowskich, domy kolonijne zostały podzielone ze względu na wyznanie. Korczak pracował z żydowskimi dziećmi w Michałówce. Założeniem całej inicjatywy był miesiąc beztroskiego życia na wsi, z dala od biedy, głodu, slumsów. Wierzył, że te kilka tygodni może mieć sprawczą moc – pokazanie dzieciom innego, lepszego życia. Nędzę małych warszawiaków w przejmujący sposób opisał w Dziecku salonu (1907) oraz w Jaśkach, Jośkach i Srulkach (1909).

Po rewolucji 1905 roku atmosfera w Polsce była znacznie bardziej liberalna – w szkołach dopuszczono język polski, zakładano ludowe uniwersytety. Lewicowa inteligencja wyszła z podziemia i mogła jawnie deklarować swoje poglądy: szacunek bez względu na pochodzenie, wyznanie, klasę i przynależność etniczną, wrażliwość na biedę i kapitalistyczny wyzysk. Z drugiej strony narastały nastroje nacjonalistyczne – Roman Dmowski wraz ze Stronnictwem Narodowo-Demokratycznym zyskiwał coraz silniejsze poparcie. Można powiedzieć, że Korczak funkcjonował w równie zantagonizowanej rzeczywistości, jak my w dzisiejszej Polsce. Wszak wzrost aktywności obywatelskiej na rzecz kobiet, uchodźców i uchodźczyń oraz przejrzystości sfery politycznej idzie dziś w parze z rozkwitem, choć profaszystowskich, to jednak zalegalizowanych organizacji.

W 1907 roku zasymilowani warszawscy Żydzi powołali Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”, które miało wspierać dzieci żydowskie. W roku 1909 Henryk Goldszmit stał się członkiem jego zarządu, a w 1912 powstał Dom Sierot na ulicy Krochmalnej w Warszawie, który do roku 1942 (w czasie wojny Dom został przeniesiony do getta na Chłodną i Śliską) prowadził wraz ze Stefanią Wilczyńską – pedagożką i absolwentką Uniwersytetu w Liège w Belgii. Razem wdrażali tam nowatorskie metody pedagogiczne: dzieci mogły anonimowo wrzucać listy ze skargami, pytaniami i zwierzeniami do specjalnie przygotowanych po temu skrzynek. Listy te zawsze były uważnie czytane i przepracowywane przez kadrę pedagogiczną. Obowiązywały dziecięce dyżury, w czasie których młodzi ludzie uczyli się dbałości i odpowiedzialności za wspólne mienie.

W 1919 roku Stefania Sempołowska na obradach sejmu nauczycielskiego wzywała do powołania nowoczesnej, niezależnej od kościoła (!), tolerancyjnej szkoły i opieki nad dziećmi w złym położeniu: Jeżeli się państwo dzisiaj temi dziećmi nie zajmie będzie musiało budować daleko większa liczbę szpitali, sanatoriów, domów poprawczych i więzień. Dzieci pozostawione bez opieki mogą być strasznym przekleństwem naszej przyszłości.(3) Sempołowska wiedziała, że przemoc nie bierze się znikąd – jest zakorzeniona w dzieciństwie pozbawionym troski i miłości.

I dzisiaj powinniśmy mieć tego świadomość, patrząc na Marsze Niepodległości. Psychoanalityk Wilfred Bion(4) dokonał podziału wspólnot na „grupy pracujące” – oceniające realnie rzeczywistość i swoje w niej miejsce, oraz „grupy działające zgodnie z podstawowymi założeniami”. Te drugie nie poddają krytycznej refleksji swoich struktur, idei oraz przywódców. Są przekonane o własnej nieomylności, zjednoczone w psychotycznych fantazjach i lękach. Destrukcyjne i autodestrukcyjne, dążące do poniżenia, a w skrajnym przypadku eksterminacji fantazmatycznego wroga. Akty destrukcji konsolidują taką grupę, a wynikające z nich poczucie winy może ulec rozpuszczeniu jedynie przez kolejny akt agresji projektowany na „innych”, „obcych”, zagrażających. Przemocy i nienawiści płynącej z „grup działających zgodnie z podstawowymi założeniami” nie należy usprawiedliwiać, ale powinniśmy mieć świadomość, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, w jakim kraju będziemy żyć i jak Święto Niepodległości 11 listopada będzie celebrowane w przyszłości. Słabe dzieci potrzebują siły, a nie znajdując jej w empatycznej wspólnocie, szukają jej w destrukcyjnych formacjach.

W 1919 roku Korczak wraz z Maryną Falską – pedagożką i socjalistką z rewolucyjną przeszłością i związkami z Polską Partią Socjalistyczną – oraz z Marią Podwysocką zainaugurowali w Pruszkowie działalność domu dziecka „Nasz Dom”, który niespełna dekadę później został przeniesiony na Bielany. Instytucja została zorganizowana przez Wydział Opieki nad Dzieckiem Robotniczym, powołany specjalnie do tego celu przez Centralną Komisję Związków Zawodowych, z którą Falska była związana. W domu zamieszkały zarówno polskie, jak i żydowskie dzieci. Było to ucieleśnieniem pragnień Korczaka, wierzącego w to, że lepszy świat jest możliwy bez podziałów etnicznych, klasowych i religijnych.

Odzyskanie niepodległości zainspirowało pedagoga do niezwykłego eksperymentu, który miał przygotować dzieci i młodzież do świadomego uczestnictwa w demokratycznym społeczeństwie: nauczyć systemu organizacji państwa, szacunku dla dobra wspólnego i prospołecznej wrażliwości. „Nasz Dom” zamienił się w samorządną republikę – wydawano w nim gazetę, stanowiącą platformę wolnej wypowiedzi, a sprawiedliwość wyznaczał system sądowniczy, któremu, tak samo jak dzieci, podlegali wychowawcy, przy czym wszystkie sprawy rozstrzygane były w wielkim poszanowaniu godności dziecka i z domniemaniem niewinności. Pracę na rzecz społeczno-polityczno-ekonomicznej świadomości dziecka Korczak wykonywał również poprzez swoje pisarstwo. Główny bohater powieści Bankructwo małego Dżeka (1924) zakłada kooperatywę, w której wszystko służy dobru wspólnemu. Autor opowiada w książce dzieciom o świecie, w którym społeczna odpowiedzialność powinna stać ponad prawidłami wolnorynkowej ekonomii. Ta pozytywna opowieść stanowi zresztą wyjątek w twórczości Korczaka-pisarza. Organizowane przez niego z ogromnym trudem w realnym życiu demokratyczne domy dziecka – utopijne światy, oparte na wierze w równość i sprawiedliwość, realizowały się w rzeczywistości. Natomiast te same idee rozpadały się w jego literaturze, przemieniając się w dystopijne wizje, czego najbardziej dobitnymi przykładami są Król Maciuś IKról Maciuś na bezludnej wyspie. Jakby literacka fikcja stawała się zbiornikiem, w którym mógł umieścić swoje lęki, poczucie bezsilności i brak złudzeń.

Polska

Rzeczywistość, w której żył Korczak, na wielu poziomach do złudzenia przypomina nasze czasy. Szczególnie w ostatnich latach, w których idee Romana Dmowskiego mają się w Polsce znakomicie. Nadal nie są respektowane prawa najsłabszych, w tym dzieci. Lewicowi aktywiści przejmują odpowiedzialność za sprawy stanowiące obowiązki demokratycznego państwa. Polityka prawicy jest destrukcyjna dla dobra wspólnego, dając pożywkę dla wzrostu postaw nacjonalistycznych. Fantazmatyczny wróg radykalnej prawicy ma wiele twarzy: Żyd, uchodźca, gender. Profaszystowskie bojówki legalnie maszerują w państwowe święta, mowa nienawiści opanowała publiczne media. Słaby rząd w prymitywny sposób rozgrywa mityczną narodową wspólnotę, „świętą rodzinę” i katolickiego Boga Jedynego, by zdobyć głosy sfrustrowanych i rozczarowanych neoliberalną transformacją Polaków.

Tak wygląda rzeczywistość, w której żyją dziś w Polsce dzieci i młodzież. Dorastają bez poszanowania ich praw i uznania podmiotowości, funkcjonują w niepewności i poczuciu zagrożenia. Bez pytania ich o zdanie rząd z dnia na dzień zdecydował się wdrożyć reformę szkolnictwa, czego efektem jest między innymi to, że nie wiadomo, czy starczy miejsc dla młodzieży w szkołach średnich. Młodzi ludzie są pozbawieni prawa do świeckiej i racjonalnej edukacji seksualnej i genderowej. PiS-owski rząd organizuje obrzydliwą nagonkę na środowiska LGBTQIA+, nie zważając na to, że w szkołach dzieci nieheteronormatywne bywają zaszczuwane, co w skrajnych przypadkach doprowadza do samobójstw. Przemoc ze strony Kościoła Katolickiego jest wszechobecna – od tej najbardziej potwornej: tuszowanych przez KK gwałtów na dzieciach, po lekcje religii, na których młodzi ludzie dowiadują się o „grzechach” antykoncepcji, aborcji i homoseksualizmu. Pokolenie wychowywane w poczuciu winy będzie musiało odreagowywać: albo przemocą kierowaną na zewnątrz (powielając dyskryminacyjne treści), albo do wewnątrz, co będzie przekładać się na autoagresję i autodestrukcję. Katolicka moralność to również brak poszanowania dla praw kobiet, a na wczesnych etapach życia dyskryminacja dziewczynek – powielanie patriarchalnych i mizoginicznych klisz, które znajdują swoje miejsce na stronach oficjalnych podręczników szkolnych.

Z drugiej strony prawica przebiegle odwołuje się do społecznej wrażliwości na wykluczenie ekonomiczne – dodajmy: wykluczenie systematycznie ignorowane przez trzy ostatnie dekady neoliberalnej polityki państwowej. Bez namysłu rozdaje 500+ i populistycznie obiecuje powszechne świadczenia kolejnym grupom społecznym. Bieda jest faktem i wzmocniony system socjalny jest konieczny, tyle że ten PiS-owski jest raczej przedwyborczą propagandą. Samotna matka jedynego dziecka jest pariaską systemu, kobietą, której 500+ się nie należy, wszak nie utrzymała przy sobie męża i rodziny, nie wspiera narodu kolejnymi ciążami. Dzieci z domów dziecka swojego 500+ też nie zobaczą. Świadczenia finansowe na opiekę nad dziećmi z niepełnosprawnościami są w Polsce skrajnie niskie, absolutnie nie wystarczają na leczenie i rehabilitację. Brakuje systemu asystentury dla osób z niepełnosprawnością, wsparcia po wypełnieniu obowiązku szkolnego, mądrego systemu aktywizacji zawodowej, finansowania rodziców i opiekunów. Dyrekcja szkoły może, zgodnie z prawem, odmówić przyjęcia dziecka z niepełnosprawnością do szkoły, proponując jemu/jej domowe nauczanie i skazując tym samym na izolację i wtórne wykluczenie. Najsłabsze i najsłabsi nie są podmiotem troski rządzących.

Spójrzmy na sytuację dzieci w Polsce z perspektywy bezwzględnych liczb. Na alarm biją statystyki zaburzeń i chorób psychicznych dzieci i młodzieży. W 2017 roku w Polsce 730 osób do 18. roku życia targnęło się na swoje życie, 116 z nich skutecznie. 1 kwietnia 2019 roku, w momencie, w którym piszę ten tekst, zlikwidowany został ostatni w Warszawie oddział psychiatryczny dla dzieci. Kadra medyczna nie była w stanie dłużej pracować w warunkach, w których nie mogła zapewnić młodym ludziom należytej opieki. W kolejkach do szpitali psychiatrycznych dla dzieci czekają dziesiątki, pomocy udziela się jedynie tym, których życie jest w niebezpieczeństwie. Młodzi ludzie bez hospitalizacji, a potrzebujący wsparcia medycznego, będą musieli dojść do punktu krytycznego, by doczekać się łóżka choćby na korytarzu. Wzrost chorób lekarze odnotowują w drugiej połowie września, sytuacja poprawia się w czerwcu.(5) Szkoła coraz rzadziej jest przestrzenią wsparcia. Wpływ na to mają między innymi skandaliczne warunki pracy nauczycieli, którzy po PiS-owskiej deformie muszą niejednokrotnie łączyć etat, pracując w więcej niż jednej szkole. Ich pensje są dramatycznie niskie, co często wymusza życiową konieczność podjęcia przez nich dodatkowych zawodowych aktywności. Trudno w tej sytuacji o identyfikację z placówką, grupą, zwyczajnie brakuje na to wychowawcom czasu. Do tego dochodzi cenzura edukacji i używanie jej dla celów propagandowych. W imię edukacji narodowej za „niepatriotyczną” lekcję historii, na przykład temat rzezi wołyńskiej albo Jedwabnego, nauczycielowi grozi kara więzienia. Przegrane powstania, uciemiężenie, szlachetność i niewinność Polaków mają być jedynymi punktami odniesienia dla historycznej i obywatelskiej edukacji dzieci i młodzieży.

Młodzi ludzie mają dość. Coraz mniej wierzą w swoją polityczną sprawczość, nie mają siły protestować. Możemy narzekać, że nie angażują się, nie walczą, nie chodzą na wybory, ale przede wszystkim powinniśmy wziąć odpowiedzialność za to, jaki świat dla nich stworzyliśmy/stwarzamy jako dorośli. Wybrzmiało to bardzo silnie w czasie warsztatów z młodzieżą 10 dni gniewu i miłości prowadzonych przez kolektyw Siksa w ramach RePrezentacji w Bemowskim Centrum Kultury. W czasie otwartego dla publiczności pokazu uczestniczka warsztatów, Svetlana Sukhorukova, przeczytała swój tekst Trzy setki milczących słów:

Ja, urodzona na rubieży wieków przedstawicielka pokolenia Z. Wstrzymam się od problemów politycznych i katastrof globalnych. Nie chcę wychlustywać swojego bólu. Widziałam go w Waszych łzach. Wolę krzyczeć, milcząc. Wkurwia pytanie o to, co mnie wkurwia. (…) Mój ból i złość to atomowa bomba, zdolna nakryć wybuchową falą całą Galaktykę. Lecz nigdy nie nacisnę na czerwony przycisk. Chcę, żebyście żyli. Chcę, żebyście byli szczęśliwi, płodząc swoje dzieci, nawet jeśli to wycieńcza planetę. Nawet jeśli wychowujecie je jak zgraję psów, które walczą o dominację, mierząc się formą genitaliów, blaskiem i długością sierści.

Model świata wytwarzany przez dorosłych − i obecne w przestrzeni publicznej: hejt i dyskryminacja – jest powielany w przestrzeniach szkolnych i na podwórkach. Z raportu Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę” z 2017 roku(6) wyłania się przerażający obraz polskiego dzieciństwa:

  • rośnie liczba dzieci hospitalizowanych z powodu zaburzeń psychicznych;
  • pod względem zakończonych zgonem prób samobójczych dzieci w wieku 10−19 lat Polska jest na drugim miejscu w Europie, po Niemczech;
  • co piąte dziecko doświadczyło przemocy fizycznej ze strony znajomej osoby dorosłej, natomiast w ostatnich latach stale rośnie odsetek rodziców, którzy nigdy nie dali dziecku lania;
  • 12% dzieci doświadczyło jakiejś formy wykorzystywania seksualnego, tylko połowa rodziców rozmawiała ze swoimi dziećmi o takim zagrożeniu;
  • 11% nastolatków przesyłało intymne zdjęcia za pośrednictwem internetu lub telefonu komórkowego;
  • powtarzalnej, długotrwałej cyberprzemocy doświadcza 5% dziewczyn i 4% chłopców.

Edukacja antydyskryminacyjna i antyprzemocowa w szkołach powinna być podstawą  przeciwdziałania przemocy, tymczasem w naszym kraju wartością nadrzędną jest mityczna rodzina. W 2015 roku Polska ratyfikowała Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Polski rząd do tej pory nie wywiązał się z tego obowiązku – nie wprowadzono przepisu, który gwarantowałby ofiarom  natychmiastową izolację od sprawcy. Przeciwnie, według obowiązującego prawa dorosła ofiara przemocy domowej, która ma przede wszystkim twarz kobiety, powinna przejść procedurę mediacji ze sprawcą w imię ratowania rodziny/małżeństwa (bo: co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza). W tej sytuacji pozostają także dzieci, których życie, zdrowie fizyczne i psychiczne jest zagrożone. Państwo, w którym naczelną wartością jest ochrona katolickich norm i instytucji, nie staje po stronie najmłodszych. Krzywda dzieci i młodzieży będzie przekładać się na słabość naszej wspólnoty.

RePrezentacje: relacyjność, empatia i etyka troski

Korczak wierzył w prawo, jednak równie ważne były dla niego troska i empatia, które odnajdujemy w jego dokonaniach pedagogicznych i pisarstwie – dziennikach, książkach o wychowaniu i powieściach. Od początku pracy nad RePrezentacjami chciałam, by obie te kategorie były przedmiotem praktyki i analizy w procesach artystycznych i społecznych, włączających dzieci. Świadomość wagi troski i empatii w sztuce, zasadzającej się na budowaniu relacji i inkluzji, przyniosła mi wieloletnia praktyka w tym obszarze, wzmocniona lekturą feministycznych badaczek – przede wszystkim Carol Gilligan i Judith Butler.

Według amerykańskiej psycholożki i działaczki feministycznej, Carol Gilligan, bez troski i empatii nie ma szans na budowanie demokratycznej wspólnoty. Badaczka wskazuje na to, że w patriarchalnym porządku typowo męskie cechy to niezależność i racjonalność, zaś emocjonalność i troska przynależą do kulturowego kontinuum kobiecości i nie są traktowane poważnie na poziomie społeczno-politycznej sprawczości. Badaczka przywołuje badania chłopców, którzy na skutek kulturowych norm, pod dyktando nakazów Nie płacz jak baba!, Zachowuj się po męsku!, Nie bądź ciotą! stopniowo amputowali kruchą, emocjonalną część siebie. Stając się bardziej „męscy”, czyli nie ujawniający swojej słabości i zależności, stawali się jednocześnie coraz bardziej agresywni i autoagresywni. Gilligan zauważa, że w istocie patriarchat nikogo nie uprzywilejowuje, a jedynie wytwarza schematy opresji, które bywają stosowane w imię „wyższych wartości” i w literze prawa. Apeluje o uruchomienie „innego głosu”, w którym troska nie jest ani męska, ani żeńska, a pozostaje ludzka. Jak pisze: w patriarchacie należy ona do etyki kobiecej, w demokracji do etyki ludzkiej.(7)

Etyka troski przeczy patriarchalnej figurze „samotnego szeryfa” dochodzącego sprawiedliwości – jest oparta na relacjach i zakłada międzyludzką współzależność. W Zapiskach o performatywnej teorii zgromadzeń(8) Judith Butler pisała:

Jeśli mam prowadzić dobre życie, musi to być życie prowadzone wspólnie z innymi, takie, które w ogóle nie jest życiem bez innych. Nie stracę w ten sposób tego „ja”, którym jestem: to kim jestem zostanie przekształcone za sprawą moich kontaktów z innymi, ponieważ moja zależność od nich, a także moja zdolność udzielania im wsparcia, są niezbędne, bym mogła żyć, a co więcej, żyć dobrze. Nasza wspólna podatność na prekaryzację stanowi tylko jedną z podstaw naszej potencjalnej równości i wzajemnego zobowiązania, by razem stworzyć warunki umożliwiające warte przeżywania życie. Uznając, że potrzebujemy siebie nawzajem, uznajemy również podstawowe zasady mogące rządzić formą demokratycznej organizacji społecznej, zapewniającej to, co można nazwać dobrym życiem. Oto krytyczne i aktualne warunki życia w demokracji, w tym sensie, że stanowią one część trwającego nadal kryzysu, ale także dlatego, że są częścią form myślenia i działania odpowiadających na palące wyzwania naszych czasów.

Butler zwraca też uwagę na to, że nie wszystkie grupy osób mają status podmiotów wartych praw i ochrony, wolnych i należących do wspólnoty politycznej. Dlatego też ich status musi zostać zabezpieczony na poziomie polityczno-prawnym, a jeśli spotyka się to z odmową, należy uczynić ją widoczną.

Pierwszym miejscem, w którym rozpoczęliśmy działania w ramach RePrezentacji był Ośrodek dla Cudzoziemców na Targówku Fabrycznym, a konkretnie dla kobiet z dziećmi, które ubiegają się w Polsce o status uchodźcy lub ochronę międzynarodową. Wspierani organizacyjnie przez Fundację dla Wolności prowadzącą w ośrodku „Przystanek Świetlica” dla dzieci, rozpoczęliśmy miesięczne warsztaty choreograficzne, które prowadziła Kaya Kołodziejczyk wraz z grupą artystów uprawiających parkour. Uczestnicy i uczestniczki warsztatów przez ruch zyskiwali zaufanie do swoich ciał, pobudzali wyobraźnię i uczyli się pokonywać przeszkody. Instalacja stworzona przez dzieci wraz z artystami w procesie warsztatowym ujawniała miejsca ich wcześniejszych podróży, w tym krajów, w których odmówiono im pobytu. Podczas działań powstał także cykl prac wideo autorstwa Teresy Otulak – artystka musiała zmierzyć się ze szczególnym zadaniem, które polegało na konieczności ukrycia twarzy dzieci. Nie możemy bowiem upubliczniać ich wizerunku ze względu na bezpieczeństwo ich samych oraz ich matek. Mieszkanki i mieszkańcy ośrodka chcą pozostać anonimowymi ze względów politycznych, ale także bywają poszukiwani/e przez swoje rodziny – bywa, że kobiety pochodzące z radykalnie patriarchalnych kultur, w których ich prawa nie są respektowane, decydują się na ucieczkę również z powodu przemocy domowej.

Z wyzwaniem „niewidzialności” skonfrontowaliśmy się także w białołęckim domu dziecka (filii Zespołu Małych Form Opieki i Wychowania „Chata”), gdzie wraz z mieszkankami i mieszkańcami pracowali Anna Smolar, Michał Buszewicz, Dominika Korzeniecka, Hanna Maciąg oraz Rafał Paradowski. Celem pracy było współtworzenie przez dzieci i artystów przedstawienia teatralnego, oparte na demokratycznym procesie, w którym istotą jest procedura ustalania reguł kolektywnej pracy, tak by każda i każdy czuł/a, że jej/jego prawa i potrzeby są respektowane. Jeszcze przed rozpoczęciem prób dowiedzieliśmy się od dyrektorki placówki, Elżbiety Stencel, że nie możemy ujawniać wizerunków dzieci. Powodem była ich dyskryminacja i lekceważenie w społeczności szkolnej – z jednej strony dzieci są stygmatyzowane przez rówieśników i ich rodziców (i, niestety, bywa, że także przez nauczycieli), z drugiej nie godzą się na protekcjonalne traktowanie i litość. Większość z nich woli ukrywać swoje miejsce zamieszkania. Jeden z chłopców tłumaczył nam: Ta zasada [nieupubliczniania wizerunku] jest dobra. Bo inaczej…, kiedy ktoś na scenie się przewróci: O, dziecko z domu dziecka się przewróciło! Albo na każdy temat będą myśleli: O, dziecko z domu dziecka. Albo będą udawać, że się śmieją, żeby nam było miło. Mieliśmy do wyboru dwie drogi – grać spektakl, ukrywając tożsamość dzieci związaną z miejscem zamieszkania, albo otwarcie mówić o tym, ucinając sobie możliwość publicznego promowania i grania spektaklu. Wybraliśmy drugą możliwość – bardzo nam bowiem zależało na tym, by zwrócić uwagę na wartość pracy w ośrodkach, które zbyt rzadko ujawniają się w polu społecznego widzenia i troski. Premierę spektaklu zagraliśmy w Nowym Teatrze, ustalając z dziećmi szczegółową listę gości. Kolejne spektakle miały być grane w szkołach i przedszkolach dla zamkniętych grup, przy czym w tym wypadku informacje o domu dziecka miały zostać utajnione. Po dwóch miesiącach od premiery zdarzyła się rzecz niezwykła – młodzi ludzie zdecydowali się na zagranie przedstawień dla otwartej publiczności. Po tym, jak wraz z Martą Michalak – producentką i koordynatorką programową RePrezentacji – wyjaśniłyśmy im, że na widowni może pojawić się ktoś znajomy, a jeszcze ktoś inny może doszukać się w sieci informacji o ich domu, ten sam chłopiec, który wcześniej tłumaczył, dlaczego nie chcą się ujawniać, powiedział: Cóż, takie są koszty sławy. Emancypacja dzieci ze wstydu i lęku przed stygmatyzacją, w których na co dzień żyją, była jednym z najbardziej poruszających momentów w pracy nad RePrezentacjami.

Bohaterowie powieści Korczaka – Król Maciuś I i Kajtuś Czarodziej − marzyli o czapkach-niewidkach, dzieci z domu dziecka i z obozu dla uchodźców, przez względy polityczne i społeczne, często skazane są na niewidzialność. Jako kuratorka projektów partycypacyjnych uważałam do tej pory za jedno z moich głównych zadań włączanie do przestrzeni widzialności, mówiąc językiem filozofa, Jacquesa Rancière’a, zapraszanych do współpracy ludzi, poprzez oddanie im głosu i fizyczną obecność w obiegu sztuki i w przestrzeni publicznej, tak by zostali usłyszani i zobaczeni. Jako zespół twórców musieliśmy zadać sobie pytanie, co robić, gdy bycie niewidzialnym bywa jedyną formą ochrony w stwarzającym zagrożenia otoczeniu. Zmierzenie się z tym nie było łatwe, nie tylko ze względu na wybór medium artystycznego i formy komunikacji z naszą potencjalną publicznością, ale przede wszystkim dlatego, że nie mogliśmy wyzbyć się poczucia, że „niewidzialność” nie jest wyborem i pragnieniem dzieci, ale koniecznością, która w przypadku mieszkanek i mieszkańców domu dziecka jest dodatkowo obarczona wstydem i lękiem przed odrzuceniem.

W pracy nad RePrezentacjami staraliśmy się nieustająco badać napięcia pomiędzy wyborami i pragnieniami dzieci a naszymi, dorosłych, potrzebami. Tak było również z miejscem, dla którego architekturę współtworzyły mieszkanki i mieszkańcy białołęckiej „Chaty”, Ośrodka dla Cudzoziemców na Targówku Fabrycznym, uczniowie i uczennice Zespołu Szkół Specjalnych nr 89 przy ulicy Skaryszewskiej oraz dorośli twórcy – Maciej Siuda i Agata Kiedrowicz. Pierwotną ideą projektu, którą zaproponowałam twórcom, było zaprojektowanie Dziecięcej Instytucji Spraw Obywatelskich – bezpośrednią inspiracją była tu praktyka pedagogiczna Janusza Korczaka. Im dłużej jednak pracowaliśmy warsztatowo i zanurzaliśmy się w dziecięcej wyobraźni i doświadczaniu, tym bardziej początkowy pomysł nazwy wydawał nam się nadużyciem wobec dzieci – zawłaszczeniem ich społecznej i politycznej wrażliwości. Wierząc w performatywną moc języka, podjęliśmy jako zespół pracujący nad projektem decyzję, że „dorosły” język władzy i hierarchii nie pojawi się na warsztatach. Ostatecznie miejsce to będzie nosiło wymyśloną przez dzieci nazwę Przestrzeń bez końca – znacznie bardziej inspirującą dla społecznej i politycznej refleksji. Płynące z niej pytania będą dla nas, dorosłych, niewygodne. Jednak, jeśli chcemy zorganizować swoją przyszłość, a co więcej: dobrą przyszłość, musimy nieustannie je zadawać, szukać sposobów ich przepracowania i przede wszystkim działać: Czy jest możliwy świat, w którym możliwości dzieci nie są ograniczane przez miejsce zamieszkania/klasę społeczną/kolor skóry/status polityczny? Czy świat stworzony przez dorosłych pozwala wierzyć, że dzieci doczekają swojej dojrzałości? Na ile przestrzenie, w których żyjemy, podważają lub reprodukują mechanizmy władzy i opresji? Gdzie zaczyna się i kończy nasza, dorosłych, odpowiedzialność za prawa dzieci i młodzieży?

×

1     Janusz Korczak, Spowiedź motyla, [w:] Dzieła, tom 6, Oficyna Wydawnicza Latona, Warszawa 1996, s. 166.

2     Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002, s. 10.

3     Tamże, s. 243.

4     Zob.: Hanna Segal, Od Hiroszimy po Zatokę Perską i później: społeczno-polityczne obrazy ambiwalencji, przeł. M. Piskorska, [w:] Psychoanaliza, literatura i wojna. Pisma z lat 1972−1995, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2004, s. 226−242.

5     Zob.: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24209415,40-dzieci-czeka-w-kolejce-na-przyjecie-do-szpitala-kryterium.html (dostęp: 26.03.2019)

6     Zob.: https://fdds.pl/problem/dzieci-sie-licza-2017/ (dostęp: 26.03.2019)

7     Carol Gilligan, Chodźcie z nami! Psychologia i opór, przeł. S. Kowalski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013, s. 26.

8     Judith Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń, przeł. J. Bednarek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 190.

Udostępnij
Na tej stronie korzystamy z cookies. Polityka Prywatności